Właśnie zaczęliśmy wracać do kościoła, więc chcę to powiedzieć ostrożnie, ponieważ w pełni zdaję sobie sprawę, że mogę coś przeoczyć... ...ale czuję się bardzo sfrustrowany tym, co postrzegam jako brak pasji dla prawdy w kościele. Na jednym z ostatnich kazań ktoś powiedział coś w stylu: „Ranienie ludzi naszymi słowami jest złe i nie powinniśmy tego robić.” Nie „nie bądź niepotrzebnie okrutny...”, z czym się zgadzam. To bardziej jak... „nie sprawiaj, by ktokolwiek czuł się źle.” Co nie jest tym samym, a szczerze mówiąc... nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe. I zdecydowanie nie wiem, czy to jest to, co powinniśmy teraz priorytetowo traktować... uczucia ludzi, z wszystkich rzeczy. Ponieważ jeśli „ranienie czyichś uczuć” stanie się standardem, to prawda AUTOMATYCZNIE będzie w kłopotach. Więc co właściwie chce osiągnąć chrześcijański kościół? Czy moim obowiązkiem jest chronić twoją emocjonalną wygodę... nawet jeśli wymaga to ode mnie milczenia, podczas gdy żyjesz kłamstwem? Ponieważ zdecydowanie wierzę w coś przeciwnego. Kłamanie komuś jest złe, ALE TAKŻE pozwalanie komuś na dalsze wierzenie w kłamstwo jest złe. Chyba chodzi mi o to, że czuję, że wiele z tego, co teraz nazywa się „życzliwością”, to po prostu strach przed konfliktem, albo mówiąc inaczej, czuję, że życzliwość jest używana jako tarcza dla chrześcijan, aby być pasywnymi. „Nie jestem doskonały, więc nie poprawię nikogo.” „Nie jestem Bogiem, więc nic nie powiem.” „Mogę popełnić błąd, więc się w to nie mieszam.” ...